poniedziałek, 31 marca 2008

Pieczeń rzymska

Pieczeń rzymska z awokado (etap2):

0.5 kg mielonej wołowiny
1 jajko
1 miękkie awokado
1/4 szkl ugotowanej cukinii lub marchewki (woda porządnie odciśnięta przez gęsto tkaną szmatkę)
1/4 szkl SCD majonezu
1/4 szkl ugotowanej papryki
sól do smaku

(ostatnie 4 składniki to moja modyfikacja przepisu z Pecanbread)

Do malaksera wrzucić jajko, awokado, warzywa i majonez, zmiksować na gładko.
Dodać mięso mielone i sól - znowu zmiksować na gładko.
Wyłożyć na brytfannę 20x20 cm (ja użyłam okrągłego naczynia żaroodpornego o średnicy 26 cm) i piec w 170 stopniach przez 50 minut.



Pieczeń wychodzi smaczna i wilgotna. Podawałam kiedyś przepis na inną pieczeń rzymską, pisałam, że tamta wychodzi sucha. Ta jest zdecydowanie lepsza w smaku. Do tamtej poprzedniej następnym razem również dodam majonez i być może to sprawi, ze będzie smaczniejsza.

Kacperek lubi ją jeść pokrojoną na małe kosteczki i posmarowaną sporą ilością majonezu. Mi też smakuje w takiej formie.

Pozdrawiam

piątek, 28 marca 2008

Pasta do zębów

Nie pamiętam czy pisałam o tym, że jeżeli dziecko nie jest nauczone wypluwania pasty do zębów to przy diecie SCD nie możemy jej niestety używać. Nie ma na rynku dostępnej ani jednej pasty, która spełniałaby wymogi SCD.

Dlatego dotychczas myłam Kacperkowi ząbki sodą oczyszczoną. Jest tego taki plus, że są teraz dużo bielsze. Wapno podaję jako suplement.

Znalazłam domowy przepis na pastę do zębów, dziś przyszedł mi pocztą ostatni składnik, także będę ją robić. Według tego przepisu:

6 łyżeczek sody oczyszczonej
1/3 łyżeczki soli himalajskiej
6 łyżeczki oleju kokosowego
12-13 kropli olejku miętowego
dla tych członków rodziny , którzy nie wymagają diety SCD dodać 1 łyżeczkę ksylitolu

Wystarczy wymieszać i trzymać w słoiczku w temperaturze pokojowej.

Kacperek umyje dziś zęby pastą:)

No i bardzo ważna rzecz. Pamiętajcie o nitkowaniu zębów dzieciom. Kacperek nie byłby w stanie powiedzieć że kawałek mięsa utkwił mu między ząbkami, nie mówiąc już o dokładnej higienie jamy ustnej. Nitkowanie zębów dziecku, które się nie komunikuje jest szczególnie ważne. Na początku wprowadzania tego zwyczaju miałam naklejona dużą kartkę z przypomnieniem na lustrze w łazience. Teraz to już nawyk, bez którego nie wyobrażam sobie, abym wysłała Kacperka spać. Najłatwiej używać takich jednorazówek.


No i jeszcze jedna ważna informacja, za którą jestem bardzo wdzięczna naszej pani dentystce. Zamieniłam Kacperkowi zwykłą szczoteczkę na elektryczną, a powinnam była na soniczną. Jest to najskuteczniejsza forma czyszczenia ząbków, szczególnie jeżeli ma wbudowany timer z podziałem na 4 30-to sekundowe cykle do czyszczenia każdej ćwiartki zębów. Odkąd pozbyliśmy się z domu zwykłej szczoteczki, Kacpra zęby są dużo ładniejsze i wiem, że bardzo porządnie myte.


Zachęcam, aby na tego typu pastę przestawić całą rodzinę. Dlaczego? Zerknijcie choćby tutaj

Akceptacja

Natknęłam się wczoraj w telewizji na jakiś reportaż o chłopcu, tak na oko 8 letnim, który musi być karmiony pozajelitowo do końca życia ze względu na chorobę na jaką zapadł w wieku dwóch lat.
Ten chłopczyk właśnie powiedział coś co mnie urzekło.


MUSIAŁEM POGODZIĆ SIĘ Z TYM CO SIĘ STAŁO.
GDYBYM SIĘ NIE POGODZIŁ, ODCZUWAŁBYM UDRĘKĘ DO KOŃCA ŻYCIA.

Jakie to prawdziwe. I ja muszę znaleźć w sobie dość siły, aby się pogodzić. Dotychczas tego jeszcze nie zrobiłam.

Czuję udrękę. Czuję, jakbym nie mogła nabrać powietrza pełnią płuc, oddychała płytko i ciężko. Czuję jakbym nie mogła roześmiać się tak szczerze, od środka. Fizycznie czuję ciężar, który dźwigam. Jak to jest, że czuję go nawet fizycznie...

Minęły dwa lata, a nie ma dnia bez łez.

Pogodzić się to wcale nie znaczy zaprzestać walki. To są dwie osobne sprawy.

czwartek, 27 marca 2008

Ach, co to była za noc...

Położyłam spać Kamilka jak zazwyczaj około 8.30, Kacperek wykąpany i w piżamce jeszcze się kręcił. Dawno już zrezygnowalismy z usypiania go, albo narzucania mu kiedy ma pójśc spać, bo zazwyczaj ma duże problemy z zaśnięciem, chce aby ktoś z nim leżał i można tak leżeć nawet dwie godziny, a on nie zasypia. Odpuściliśmy więc i pląta się tak długo, aż padnie. Najczęściej około 10 wieczór.

To jest trochę uciążliwe, bo kiedy nie śpi to ciągle czegoś potrzebuje. Ciągnie mnie za rękę do lodówki, to pić, to jeść. Wiadomo jak jest. A my chcielibyśmy mieć choć chwilę czasu wieczorem na odpoczynek.

Zaczęliśmy oglądać "You can dance", Kacperek patrzył na to trochę i usnął. Ulga. Wolność! Juhuu!!!

Pokręciliśmy się ze dwie godzinki i około północy położyliśmy się spać. Po dziesięciu minutach Kacperek przyszedł do nas i natychmiast zaczał płakać. To nie był płacz, to był ryk jakby go obdzierali ze skóry. Usiłowaliśmy go uciszyć, aby nie obudził Kamilka, ale nic to nie dało i za moment mieliśmy wycie dwóch syren okrętowych. Ja się rzuciłam uspokajać malucha, a Piotrek Kacperka.

Najtrudniejsze jest to, że nie wiadomo co się dzieje. Musimy się domyślać czy to ból, czy zły sen, czy widzimisię czy jeszcze coś innego. Nie ma możliwości tego poznać po Kacperku. On nie jest w stanie dać do zrozumienia, że coś go boli, a juz tym bardziej określić gdzie. Zgaduj zgadula- jak u niemowlęcia.

W grę wchodził brzuszek, gardło (bo mnie boli), zgaga (u niego częsta) albo inne niezydentyfikowane przypadłości. Równie dobrze mogło go nie boleć nic.

Czas mijał, a oni płakali coraz intensywniej. Kacper dostal lek na zgagę, nic to nie pomogło. Krzyknęłam do Piotrka aby mu zrobił ciepłej wody z miodem (jeśli to gardło to złagodzi, a na herbatę nie było czasu). Przeciwbólowego nie mogę nic podać, wszystko ma syrop kukurydziany w składzie. Oczywicie w sytuacji prawdziwego zagrożenia nie oglądałabym się na to, ale tu nie wiadomo było co się dzieje.

To są nieprzyjemne i trochę niebezpieczne chwile, bo teoretycznie może się dziać wszystko, a on nie potrafi przekazać czy sytuacja jest poważna. Nie wiem więc jak reagować. Wyraźnie oczekuje ode mnie pomocy, a ja nie potrafie pomóc. Z punktu widzenia dziecka mama powinna zaradzić na wszystko. Ta mama nie potrafi...

Piotrek wymyślił, aby włączyć Kacperkowi bajkę. Nie wiem co ja bym bez niego zrobiła. Podziałało jak magia. Natychmiast z rozdzierającego wycia uspokoił się i zasnał. Uff...

Kamilek jednak nie. Aż go szarpało. Trochę pomogło mleko, ale jeszcze przez dobre pól godziny musiałam go kołysać. Kiedy w końcu zasnął odetchnęlismy z ulgą.

Spokój trwał jednak krótko, bo historia się powtórzyła. Kacperek znowu obudził się z rykiem, na szczęście Kamilek spał już mocno.

Te atrakcje trwały długo. Zrobił się środek nocy. Dobrze, że teraz to są już tylko pojedyncze epizody. Kiedyś taka jazda była każdej nocy i nie kończyła się zaśnięciem dziecka tylko hiperaktywnością i bieganiem do białego rana.

Żeby nie przynudzać o samym spaniu pochwalę sie jeszcze jakie dobre wyszły mi dzisiaj

Kurczakowe kuleczki (etap 1)

- ugotowany kurczak (ilośc w zależności od naszego apetytu)
-SCD majonez domowy

Wystarczy wymieszać zmielonego w malakserze kurczaka z majonezem, sola i pieprzem tworząc coś na kształt kuleczek. Rozgrzać piekarnik do 170 C . Wyłożyć na natłuszczona blachę (użyłam pergaminu) i piec 35 minut.
Smacznego!

Ten talerzyk jest od filiżanki,  wiec mniej więcej macie pojęcie jakie małe powinny być te kuleczki.




Bardzo dobra przegryzka w trakcie oglądania telewizji.
Natomiast sama pasta, użyta jeszcze przed pieczeniem świetnie posłuży jako smarowidło do kanapki z chleba jajecznego.

Dieta SCD wcale nie jest przykra i niesmaczna. Znam GFCF aż za dobrze, Kacperek był trzymany ściśle na tamtej diecie około roku. Teraz je dużo smaczniej.

Wyniki badań

Dostałam wyniki badań Kacperka. Testosteron - najbardziej mnie interesujący - prawie w normie, lekko poniżej. Ech...no to kolejny trop odpada. Nie tędy droga...
Krew idealna, mocz idealny, hormony tarczycy piękne, jednym słowem prawdziwy okaz zdrowia. Hehe

Niebezpiecznie kurczą mi się możliwości działania. Jest trochę rtęci do usunięcia, ale na tyle mało, że poprzedni lekarz Kacpra uważał, że nie ma sensu tego ruszać. Zostaje kupienie na rok HBOTA (finansowo nas rujnujące), kontynuacja diety i jakieś drobniejsze interwencje w które nie bardzo wierzę.

Po prostu świetnie...

środa, 26 marca 2008

Święta

Lubię święta. Teraz tylko przeciułać do następnych. Lubię to całe zamieszanie przed i spokój w trakcie. Spędziliśmy je sami, było rodzinnie i przyjemnie. Udało mi się zrobić żurek , upiec indyka, dwa ciasta, zrobić sałatkę, duże zakupy i tysiąc pięćset potraw dla Kacperka.

Było szczególnie przyjemnie dlatego, że odkąd stosuję tą specjalną maszynę do regulacji temperatury jogurtu Kacperek jest dzieckiem idealnym pod względem dyscypliny. Może to przypadek, trudno powiedzieć. Zrobił się milszy, nie awanturuje się już o bajki, o spacer. Zaczął zakładać sobie na głowę pudełko po klockach, worek na śmieci i mój czepek pod prysznic. Śmieszy go to. Wreszcie:)

Głaszcze mnie po raz pierwszy po początku choroby. Zrozumiał "pocałuj" choć określenia tego używam sporadycznie.

Piotrek przyniósł do domu kolejną chorobę, jego rozłożyło w Wielką Sobotę, mnie w Wielkanoc. Dobrze, że wszystko było już zrobione, bo byłam w stanie tylko leżeć i nawet na spacer nie można bylo mnie namówić. Teraz mam tylko nadzieję, że nie przerzuci się na chłopaków. Nie mam na to niestety już wpływu.

Wyraźnie siadłam ostatnio na laurach w wypróbowywaniu nowych pokarmów i wciąż podaję Kacperkowi to samo menu. To pewnie dlatego, że niebezpiecznie szybko przybliżyłam się do etapu trzeciego, a w moich założeniach początkowych było nie zaczynać go wcześniej niż w wakacje. Została mi do przetestowania tylko papryka, ogórek (nie mam pomysłu co można zrobić z gotowanego ogórka) i morele. Dynii nie liczę, bo to prawie to samo co dynia piżmowa (butternut squash) i nie wiem czy w ogóle będę próbować.

Kamilek chodzi od trzech dni. Ma 10 miesięcy, to dużo szybciej niż Kacperek. Są całkowicie różni. Gdy na nich patrzę, czuję pragnienie posiadania kolejnych i kolejnych dzieci, aby móc przyglądać się im jak potrafią być różne. Kamil wniósł do naszego smutnego życia wiele radości. Wcześniej życie to była zmora. Kacper był w gorszym stanie. Leżał tylko na łóżku, bez reakcji na otoczenie, a ja leżałam razem z nim, bo nie mogąc go wciągnąć w żadna zabawę czy zajęcie i nie mogąc mu w żaden sposób pomóc, po prostu leżałam z nim, aby nie był sam. To był taki etap, że nie było nawet możliwości pracować z nim terapeutycznie. Specjaliści przychodzili do domu na 4-5 godzin dziennie i po roku pracy nie widzieli żadnych efektów. Ja robiam co mogłam i stan pozostawał taki jak był. Dopiero po operacji zaczęło coś ruszać, ale teraz trudno jest mi powiedzieć co tak naprawdę zadziałało. Myślę, że wszystko po trochę.

Dzisiaj zakręciła mi się łezka w oku, bo na gadu-gadu napisała do mnie koleżanka, z którą rzadko rozmawiam. Poznałyśmy się jesienią. Kacpra fizykoterapeuta zapytał mnie czy może jej dać mój numer telefonu, bo dziewczynie świeżo zdiagnozowali synka i jest zrozpaczona, nie wie co robić. Jasne. Pomagam jak potrafię. Na każdym dziecku zależy mi jednakowo. One są wszystkie nasze. Szczególnie te chore.

Wtedy jesienią jej synek był na tym poziomie choroby co Kacperek, a dziś napisała:

"X przyjmuje zastrzyki z witaminą b12 codziennie i jest ogromna poprawa. Zna już cały alfabet, liczy do 10, zaczyna wszystko powtarzać. A to wszystko zawdzięczam tobie Agnieszko, bo to dzięki tobie trafiłam do neubrandera. Niech ci bozia w dzieciach wynagrodzi".


No, niech wynagrodzi. Właśnie w dzieciach, a nie inaczej. Takie wiadomości to nie tylko radość, to też żal, że mojego dziecka nie spotkało to samo, pomimo tych samych metod leczenia i wielu innych. Oni spróbowali tylko tego jednego. Zaczęli leczyć w listopadzie. A moje dziecko wciąż bardzo chore. To właśnie typowe dla tej choroby, każdy reaguje na co innego, jedni wychodza z choroby, inni pozostają upośledzeni do końca życia.







piątek, 21 marca 2008

Jesteśmy tym co jemy


Niesamowite wprost jest to, jak skurczył mi się czas. Nie mam czasu pisać, spać, nie mam czasu nawet przysłowiowo podrapać się w tyłek.

Mamy z dwójką małych dzieci wiedzą o czym piszę, a teraz dodajcie sobie jeszcze, że jedno z nich wymaga szczególnej opieki, dodajcie sobie również pracochłonną dietę i to sterczenie godzinami w kuchni oraz brak kogokolwiek do pomocy. Ech...

Jestem pełna podziwu dla mam, które decydując się na tą dietę dla swojego dziecka, przestawiły na nią jednocześnie solidarnie całą rodzinę. Czym innym jest wyżywić w ten sposób 4- letnie dziecko, a czym innym dorosłego mężczyznę i resztę członków rodziny. Znam kobiety, które nic innego nie robią tylko gotują. Sajgon.

Jest Wielki Czwartek, a ja nie mam zrobione jeszcze prawie nic na Święta. Trudno. Będzie jak będzie. Mam nadzieję, że będzie choć miło.

Wybaczcie mi więc częstotliwość z jaką pojawiają się tu posty. Byłoby ich znacznie więcej gdybym miała czas.

Nie mamy w Stanach żadnej rodziny, skazani jesteśmy wyłącznie na siebie. Nie wchodzi w grę pójście do kina czy na kolację. Bywa, że chodzimy na śniadania, ale odkąd Kacperek jest na diecie zrobił się z tym problem, czasem zabieram mu jego jedzenie, ale jednak nasze wyjścia przez całą tą sprawę jeszcze się ograniczyły. Zamówić pizzę do domu głupio, bo dziecko patrzy. Same ograniczenia. Kiedy jemy obiad włączamy mu ulubionego Thomasa i tylko tak możemy cos zjeść (oczywiście w kuchni). Pizzę zamawiamy przed północą kiedy już zaśnie.

Dzięki Bogu w biodra mi nie idzie, więc czasem mogę sobie na to pozwolić:)

Wreszcie wczoraj przyszła pocztą magiczna maszyna do kontroli temperatury jogurtu.
Takie cudo.

Kupiłam wcześniej zwykły ściemniacz, który dozuje moc, jako że (jak pisałam wcześniej) moja jogurtownica przegrzewała się. On kontrolował temperaturę znacznie lepiej, ale jednak musiałam co pół godziny przesuwać podziałkę mocy w górę lub w dół, był problem z wyjściem z domu, postanowiłam zainwestować więc w to urządzenie. Nie jest tanie, ale potraktowałam to jako inwestycję na długie lata.

Przysłali mi je bez rachunku i bez instrukcji. Wydaje się, że obsługa jest prosta jak budowa cepa, a okazało się, że wcale nie. Wieczorem chciałam w miarę wcześnie zdążyć z nastawieniem jogurtu, aby 27 godzin nie wypadło nastepnego dnia w środku nocy. Spieszyłam się, nie udało mi się nastawić z marszu, a musiałam kąpać dzieci więc poprosiłam Piotrka aby ustawił to ustrojstwo.
Po 10 minutach okazało się, że wciąż jest z tym problem. Ciekawe, bo Piotrek to typ złotej rączki. Nie wiadomo było czy temperaturę ustawia się w celcjuszach czy fahrenheitach, po ustawieniu jej dioda cały czas migała, a o nastawieniu czasu w ogóle nie można było marzyć. Wrrr....

Zagotowało mnie. Zaczęliśmy na zmianę próbować, licząc na to, że drugiej osobie wpadnie coś mądrego do głowy. W końcu stwierdziliśmy, że urządzenie jest zepsute. Głupia sprawa. 100 dolarów poszło, rachunku nie przysłali…
Napisałam maila do firmy i na kilka minut przed północą miałam odpowiedź. Skierowali mnie na stronę, na której można znaleźć instrukcję obsługi i jednocześnie powiedzieli, że czasu się w tej maszynce nie ustawia, a skoro dioda miga to znaczy, że wszystko działa. Za $100 spodziewałam się czegoś więcej niż tylko regulowania temperatury…

No trudno. Najważniejsze, że mam włączony jogurt, ustawione dokładnie co do stopnia 42 C i mogę nawet wyjechać na cały dzień z domu, nic mnie nie obchodzi, wracam po 27 godzinach – voila! – gotowe

Tak to można jogurt robić! Ach, aż lżej się oddycha:)

Uaktualnienie: Dzięki uprzejmości Ani K. mamy informację, że do tego celu świetnie nadaje się regulator temperatury w akwarium. Oto co pisze Ania: "Działa to na tej zasadzie, że do prądu podłączamy ten regulator, ustawiamy maksymalną temperaturę, przy jakiej chcemy, by się jogurtownica wyłączała. DO regulatora podłączamy jogurtownicę, a do jogurtu wkładamy sondę (termometr). Gdy jogurt osiągnie temperaturę zaprogramowaną, urządzenie wyłącza jogurtownicę i włącza ją ponownie, gdy temperatura trochę spadnie. I tak w kółko."

Dawno nie wprowadzałam Kacperkowi nic nowego do jedzenia. Chwilowo skończyły mi się pomysły. Książki nie udało mi się wylicytować na ebayu, zapomniałam o aukcji, a mam zwyczaj licytować w ostatnim momencie. Teraz poluję czy pojawi się następna. Ciężko znaleźć tą pozycję. Chodliwa bestia.

Może spróbuję po Świętach wprowadzić gotowaną paprykę. Wyobrażam sobie, że będzie to trochę przypominało w smaku leczo. Może być smaczne. Nie pamiętam jednak jak się ściąga skórkę z papryki. Coś mi świta, że wrzucamy paprykę do piekarnika, ale na jak długo, albo jaka temperatura to nie mam pojęcia, cos z papierową torbą później - podpowiedzcie proszę.

Jako, że nie stać mnie na kupowanie wszystkiego organic postanowiłam przeszukać internet by dowiedzieć się, które warzywa i owoce maja największe stężenie pestycydów i tylko te kupować organiczne.

Doczytałam, że z owoców najbardziej chłoną pestycydy jabłka i brzoskwinie. Bezpieczne są gruszki. Jeżeli uda mi się znaleźć dokładniejsze informacje na ten temat niezwłocznie je wkleję.

Przez przypadek natknęłam się na to – muszę to wkleić, bo mnie zszokowało –na tej stronie było napisane:
"Oto lista tego, co podaje się zwierzętom później spożywanym przez ludzi:

· Mięso tego samego gatunku
· Chore zwierzęta
· Pióra, sierść, skóra, kopyta i krew
· Gnojówka i inne odpadki zwierzęce
· Plastik
.
Lekarstwa i chemikalia
. Niezdrowa ilość ziarna”

…i my to później jemy. Dajemy jeść naszym dzieciom. Dziwimy się dlaczego chorujemy. Pytanie - ile pociągniemy?