sobota, 11 października 2008

Powrót z Rhinebeck



In 1978 I established The Casa de Dom Ignacio upon this blessed land of Abadiania, the sacred ground where God placed me to fulfill my mission. I do not heal anyone. The one who heals is God, who in His infinite goodness allows the Entities to use me as a tool, providing healing and consolation to my brothers and sisters. I am truly only an instrument in His Divine hands.

Having been a gem miner I have learned that in order for a precious stone to show its true beauty, it must first suffer the process of refinement, likewise, each child, a rare diamond of creation, must be polished in order to realize their superior destination.

Great suffering is generated as a consequence of the world going through great transformation. In the midst of this the ability to sustain our lives and strengths must resides in our trust in the Supreme Being who is God.

Finally, I leave you with the words of Christ in the Gospel of John (Ch. 15V. 12);
"This is my commandment: Love one another as I have loved you"

Joao Teixeira de Faria (Jan od Boga)


***

Jestem. Żyję. Mamy się dobrze.

Przepraszam, wiem, że czekaliście na wieści, ale miałam 8-dniowy zakaz oglądania telewizji, pracy przy komputerze, czytania i pisania, który obowiązywał mnie po duchowej operacji jaką wykonał na mnie Jan od Boga.

Zupełnie nie wiem jak to wszystko ubrać w słowa. Cokolwiek napiszę, to nie będzie to brzmiało tak, aby mi się podobało.

Przeżyliśmy coś niepowtarzalnego. Jedynego w swoim rodzaju. Nie ma sensu, abym opisywała Wam krok po kroku, co działo się w trakcie owych czterech dni. Dni które nami wstrząsnęły, wywróciły dotychczasowe myślenie i dały nadzieję.

Kacperek wrócił taki sam jak tam pojechał. Nic to.

Natychmiastowe uzdrowienia zdarzają się tam niezwykle rzadko. Ogromna ich większość dzieje się na przestrzeni czasu. Zazwyczaj miesięcy, ale bywa że i kilku lat. Bywa że trzeba do Brazylii udać się wielokrotnie.

Jan od Boga powiedział nam, że musimy przywieźć tam Kacperka. Pojedziemy w przyszłym roku, wcześniej nie zdążymy pozamykać tu naszych wszystkich spraw - nie ma żadnych szans.

Plan jest taki, że nie wracamy do Polski. Jedziemy do Brazylii i będziemy przebywać w Abadiania tak dugo, aż Kacperek wyzdrowieje. Mamy obietnicę. Nie mamy żadnych wątpliwości co do słuszności tej decyzji, bo widzieliśmy i przeżyliśmy takie rzeczy, które wymagają myślenia out of the box, jak to ładnie wyraziła jedna z prowadzących imprezę osób.

Spotkaliśmy uzdrowionych ludzi, rozmawialiśmy z takimi, którzy mają w rodzinach uzdrowione przez JOB osoby. Słuchaliśmy wielu opowieści. Cztery dni minęły na medytacji i modlitwie.

Kacper był poddany dwóm duchowym operacjom, ja jednej. Byliśmy też wystawieni na działanie silnej energii w Current Room. Dwukrotnie otrzymaliśmy nakaz przyjazdu do Brazylii. Dostaliśmy też zapewnienie, że Kamilek zostanie uleczony z choroby jelit. Trzeba czekać.

Czekajcie jednak spokojnie. Obiecuję, że poznacie koniec tej historii jakkolwiek się potoczy.

Wiele spraw pominęłam w tym opisie. Nie chcę sprawiać wrażenia sensacji czy czegoś w tym rodzaju. Gdyby ktoś z Was potrzebował bliższych wskazówek ze względu na chorobę bliskiej osoby, piszcie na maila.

Czyta mnie między innymi Kasia, która również była na tym spotkaniu. Jeślibyś miała ochotę Kasiu podzielić się swoimi wrażeniami napisz proszę komentarz. Napewno wzbogaci to co ja napisałam.

Sporadycznie zagląda tu też moja kochana Moniczka. Byłaś tam z nami. Napiszesz coś w komentarzach?



Jestem z powrotem.

Mamy swoje światełko w tunelu:)


Na koniec dodaję jeszcze link do zdjęć z identycznej imprezy, która odbyła się w tym samym miejscu rok wcześniej. Tym razem było identycznie, z wyjątkiem pogody - tonęliśmy w błocie i często mżało. Było chłodno.



poniedziałek, 29 września 2008

Nadeszło

Kochani wyjeżdżamy nocą. Bądźcie z nami przez te cztery dni. Pamiętajcie i postarajcie sie wierzyć, że to może się stać.

Rano spotkamy Jana od Boga. Będziemy z nim do czwartku.

Wierzcie. Proszę.

wtorek, 23 września 2008

Sprawa się wyjaśniła

:))))))))))


To nie autyzm. Ufff...

Gysia bolało gardło. Wiemy, bo teraz Piotrek ma tą infekcję i ledwo sobie z nią radzi. Kamilek wciąz narzeka, ale psikanie tantum verde uśmierza mu ból.

Tak jak napisałam ostatnio, rzeczywiście dałam mu paracetamol na sen i cała noc minęła bez jednego kwęknięcia. Wiedziałam już, że płacze z bólu. Potem tylko po infekcji Piotrka domyśliłam się, że to nie zęby, a gardło. Zresztą czwórki dalej się nie przebiły, a noce sa już spokojne.

Bardzo się cieszę:)

piątek, 19 września 2008

Kolejna przepłakana noc


Dzisiejsza noc była jeszcze gorsza, bo cyrki zaczęły się nie o 23-ej, a już o 21.30 Kamilek wrzeszczał tak, ze aż stracił głos.

Zaobserwowałam jednak, że ma wyraźną niechęć do położenia się, nawet nie chce zbliżyć się do łóżka. Do nas nie chce podejść z prostej przyczyny - boi się że będziemy go usypiać. Mam wrażenie że opanował go jakiś ogólny strach przed nocą, ciemnościami, spaniem.

Wychodzą też jednocześnie 3 czwórki. Widać już ich białe szpice pod dziąsłami.

Wczoraj dałam mu kacperkowy Zantac na zgagę, myśląc że być może ma te same problemy co jego brat, ale nic to nie zmieniło. Ten trop odpada. Dzisiaj planuję złamać swoje zasady i podać mu przeciwbólowy czopek na próbę. Jeżeli to zęby, to powinien spać po nim spokojniej. No nic. Będę szukać, eksperymentować, aż wyłapię co się dzieje.

W ciągu dnia obserwuję go bardzo uważnie i widzę że w rozwoju posuwa się wciąż do przodu.
Kacperek już się cofał na tym etapie. Naśladowanie jest świetne, zaczynam widzieć pracę wyobraźni. Testuję go cały dzień, na najróżniejsze sposoby i zachowań autystycznych, dzięki Bogu, nie widzę.

Biedny Kacperek wcale nie może przez to wszystko spać. Mam nadzieję, że chociaż dosypia cokolwiek w autobusie, którym jeździ do szkoły.


czwartek, 18 września 2008

Schiza

Zaczęło się w ostatnią sobotę, chociaż wcześniej, w poprzednim tygodniu było kilka identycznych, ale bardzo krótkich epizodów.

W sobotę poszliśmy do znajomych sąsiadów. Dzieci spały, ale byliśmy na przeciwko, to samo piętro, drzwi otwarte, a ja ciągle chodziłam sprawdzać czy jest OK.

W pewnym momencie usłyszeliśmy wrzask. Gdy przybiegłam do domu, Kacper był w naszym łóżku, Gyś stał w łóżeczku, obaj zanosili się płaczem. Z początku sądziłam, że Kacperek obudził się, aby przejść do naszego łóżka - jak co noc - i kiedy nas nie zastał zaczął płakać i obudził tym Kamilka.

Teraz jednak myślę, że musiało być na odwrót. Kamil obudził się z wrzaskiem i tym sprowokował Kacperka do płaczu.

Od soboty jest już tak co noc. Po 23-ej następuje okropny wrzask, Kamil staje w łóżeczku, nie pomaga nic, smoczek, mleczko. Gdy go tulę uspokaja się na moment, ale zaraz zaczyna wrzeszczeć znowu i odpycha mnie. Chce chodzić po domu chociaż jest ciemno, nie pozwala się dotykać. Nie pomaga tulenie, masowanie brzuszka, żel na zęby, śpiewanie - nic.

Pomaga jedynie bajka. Gdy włączymy na jego twarzy nagle pojawia się uśmiech, leży spokojnie i ogląda zadowolony.

Nie sądzę więc że to ból.

Przeraża mnie ta sytuacja, bo podobnie było z Kacperkiem kiedy zaczynał się autyzm.

Na dodatek od soboty Kamil wlepia też wzrok we wszystkie bajki w telewizji, przedkłada to nad zabawę. Kupy gwałtownie się pogorszyły, a on na spacerach nie chce chodzić już na piechotę. Tak było z Kacperkiem. Jestem przerażona. To uczucie jest nie do opisania.

Dotarło do mnie dopiero po dzisiejszej nocy. Uderzyło z całą siłą.

środa, 17 września 2008

:)

Przyznaję się bez bicia, że opadł mi zapał do pisania. Zresztą z pewnością zauważyliście to sami.

Może to chwilowe...
... mam nadzieję że tak.

Kacperek bardzo wygrzeczniał. Można nawet powiedzieć, że jest teraz dzieckiem idealnym pod względem posłuszeństwa. Ma stale dobry humor i wszystko gra. Uwielbia szkołę. Znowu uwielbia książeczki (ostatnio było w tym temacie chwilowe załamanie).

Zdecydowałam się zakończyć podawanie tej resztki leków i suplementów, na których jeszcze go trzymałam. Multiwitamina SCD, Pentasa i Zantac. Zobaczymy czy cokolwiek się zmieni. Witamina jest całkowicie bezpieczna, ale dwa pozostałe leki (pierwszy na jelita, drugi na zgagę) z pewnością zawierają nielegalne składniki.

Pamiętam, że największy progres w rozwoju Kacperka nastąpił na samym początku diety. Kiedy nie zażywał nic, a ja pilnowałam z aptekarską dokładnością, aby nawet odrobinka niedozwolonego produktu nie dostała się w jego ręce (czyt. usta).

Ciągle daję mu też do picia po łyczku wina Matki Bożej Gidelskiej, a to już z pewnością jest wielkie NIE! NIE! NIE! - cukier.
Przecież jeżeli ma zdarzyć się cudowne uzdrowienie, to zdarzy się niezależnie od tego czy Kacperek wino pije, czy tylko jest nim nacierany.

Wiecie? Wierzę, że to się stanie. Kacper z roku na rok jest coraz lepszy. Ostatnio patrzę optymistycznie na to wszystko.

Zbliża się też nasz wyjazd do Jana od Boga. Jeszcze tylko dwa tygodnie.
Mam do Was wszystkich prośbę. Jego moc działania jest tym większa im bardziej się w to wierzy. Proszę więc Was wszystkich o to, abyście pamiętali o nas w ciągu tych czterech dni - dwa ostatnie września i dwa pierwsze października (29 wrz- 2 paź) - i uwierzyli, że to może się stać.

Że Kacperek może wrócić stamtąd zdrowy.


środa, 10 września 2008

Po przerwie

Popijam Margaritkę i tak sobie myślę, że mocno się mój blog zakurzył. Znowu moją uwagę przyciągnęły inne sprawy, których istnienie przemilczę tutaj. Zupełnie nie na temat.

Skończyły się wakacje. Dzięki Bogu. Jeszcze w jednym z ostatnich postów pisałam przecież, że mam dużą pobłażliwość dla tego co wyprawiają moje dzieci i wszystkiemu przyglądam się z cierpliwością.

Już nie.

Mam duży żal do siebie, że już nie. Trzy tygodnie potrafiły sprawić, że z opanowanej matki przeistoczyłam się w wybuchającą o byle co jędzę.

Kamilek wszedł w okres,w którym zaczął odczuwać złość. Jeszcze nie potrafi sobie poradzić z tym uczuciem. Efekt jest taki, że średnio co minutę wybucha wrzaskiem, tupaniem nogami, kładzeniem się na ziemi i ogólnie wyciem. Do tego wszystkiego ciągle bije Kacperka. Kacperek się nie broni, tylko płacze.

Wytrzymuję co najwyżej do południa. Potem przestaję nad sobą panować. Wieczorem, gdy Piotrek wraca z pracy, ubieram się i wychodzę z domu. Idę gdziekolwiek, plączę się po mieście, aż nie odzyskam równowagi.

No...tak było przez trzy tygodnie. Teraz już zaczęła się szkoła i znowu się uspokajam. Ślad jednak pozostał. Wystarczy byle co, krótkie wycie jednego czy drugiego, a mi już puszczają nerwy.

Bardzo się za to nie lubię. Muszę opracować sobie jakąś metodę na powrót do dawnej siebie. Macie jakieś rady?

***

Kacperek jest znowu gorszy. Nie wiem czy stracił ponownie wszystkie zainteresowania, czy po prostu znudził się rysowaniem i książeczkami. Bawi się już mniej. Więcej leży na łóżku i skacze po nim. Na szczęście jest grzeczny. Jak pisałam wyżej płacze tylko gdy Kamilek go bije. Słabo rozumie, nie ma czym się chwalić...

Byliśmy na chrzcinach gdzie w tej samej sali odbywało się czyjeś wesele. Zachowywał się tam jak normalne, zdrowe dziecko. Miło było popatrzeć.

Kochane są te nasze bączki. Muszę tylko mieć możliwość popatrzeć na to trochę z dystansu. Gdzieś wyjść bez nich. W poniedziałek idę na koncert Celine Dion. SAMA. Zupełnie przypadkowo się trafiło, bo znajomi zadzwonili, ze maja jeden wolny bilet i Piotrek zaproponował abym poszła. Nie jestem jakąś specjalną fanką tej pani, ale nigdy nie byłam na koncercie z prawdziwego zdarzenia więc chętnie zobaczę.