piątek, 30 maja 2008

Etap 3

Piotrek wybył dzisiejszego wieczoru na pępkowe, chłopcy zasnęli, siadłam więc z lampką wina i wreszcie nikt mnie nie odgania od komputera.

Etap trzeci daje nam juz ogromne pole do popisu. Oczywiście wszystkie wiadomości na ten temat dostępne są na stronie Pecanbread, ale tutaj też je zamieszczę, aby istniała możliwość posługiwania się tym blogiem jako jedynym źródłem wiedzy o SCD dla osób, które nie znają angielskiego albo nie chce się im tłumaczyć lub szukać.

Etap trzeci zakłada, że jelita są już lekko podleczone i że wytrzymają trawienie produktów cięższych. Na tym etapie jogurt powinien już być wprowadzony i jedzony regularnie każdego dnia. Oczywiście, jak poprzednio, wprowadzacie po jednym produkcie, obserwujecie dziecko przez 2-4 dni i dopiero potem wprowadzacie kolejną rzecz. Marchwi już nie trzeba gotować 4 godzin, Kacperek radzi sobie już z taką 40-minutową, ale to każdy musi indywidualnie sprawdzić.

Etap trzeci dopuszcza:

Owoce (wciąż tylko obrane ze skórki, bez pestek i ugotowane): jagody, ostrężyny, czereśnie, truskawki, daktyle, figi, agrest, czarny bez (słodkie kwiaty leczniczo na przeziębienia i dreszcze), kumkwat (owoc cytrusowy) oraz marakuja vel passiflora

Owoce suszone: (po raz pierwszy dozwolone na tym etapie) muszą być miękkie i dobrze ugotowane. Uwaga na gotowane rodzynki, eksperymentujcie z małymi ilościami, bo są najtrudniejsze do strawienia.

Warzywa: (ugotowane, obrane ze skórki, te które trzeba obierać, pestki już są dopuszczalne):
buraki, brokuły, brukselka, kapusta, kalafior, seler (tu uważać szczególnie), chińska kapusta, bakłażan, por, sałata, oliwki, cebula, pietruszka, zielony groszek, papryki, rabarbar, szalotki, groszek cukrowy, spaghetti squash, bok choy, botwinka, jarmuż, sugar snap peas, collards, - niektórych nazw nie tłumaczyłam, ogólnie to jest takie zielsko dostępne tu w każdym sklepie warzywnym, ale w Polsce chyba tego nie ma, więc nie ma co sobie tym głowy zawracać.

Mięso można już smażyć na patelni. Możecie dodać boczek jeżeli macie pewność, że jest zrobiony legalnie (bez cukrów i procesu wędzenia niewiadomego pochodzenia), ale nie wolno go jeść częściej niż raz w tygodniu.


No i wreszcie dochodzi nam wytęskniona przeze mnie mąka orzechowa! Może być z jakichkolwiek orzechów, przy czym najtrudniejsza do strawienia jest z kokosu i nerkowców (cashew), a najłatwiejsza z orzeszków peacan. Mąka orzechowa daje ogromne możliwości wypieków.

Makę musicie albo kupić, albo własnoręcznie mielić orzechy na mąkę w różnego rodzaju młynkach domowych. Uwaga! Mąki orzechowe mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia, dlatego jeżeli kupicie hurtem duże ilości (wychodzi sporo taniej) to trzymajcie je w zamrażarce.

***

Wprowadziłam dziś Kacperkowi gotowane buraczki, doprawione cytryną i miodem. Ucieszył się, bo jeszcze w zeszłym tygodniu stał z błagalnym wzrokiem pochylony nad naszymi talerzami i wpatrywał się w nie. Tamte były doprawiane cukrem, a poza tym jeszcze nie był na etapie trzecim, więc ich nie dostał. Teraz wreszcie mógł sobie skosztować.

No i słuchajcie: Kacper zaczął bawić się jednym rodzajem klocków. Klocków!!! Rozumiecie? Klocków!

Dzisiaj zadziwił mnie jeszcze raz - pierwszy raz w życiu wyprosił mnie z łazienki gdy korzystał z WC. Wypchnął mnie ręką, wyraźnie, nie miałam co do tego watpliwości. Podeszłam jeszcze raz aby go sprawdzic ponownie i to samo. W końcu - ja, niedowierzająca matka - usiadłam tak by być blisko, ale nie na tyle by mnie mógł odepchnąć ręką. Byłam ciekawa co zrobi. Schował sie za kosz na bieliznę, tak daleko jak mógł, aby nie spaść z kibelka.
Wspaniale. Poczucie wstydu to bardzo cenny etap rozwoju. Nie chce nawet mysleć o przyszłości Kacpra gdyby był jej całkowicie pozbawiony. Ma dopiero 4 lata więc jeszcze na sucho uchodzi mu ściąganie spodni gdziekolwiek stoi gdy chce mu się sikać.

Ale za 10, 15 lat? Aresztowanie, pobicie, Bóg wie co jeszcze...

Ta dieta jest kluczem do Kacperka. Widzę to. Wszystko idzie powoli ale dojdziemy w końcu tak daleko jak się jeszcze da:)

czwartek, 29 maja 2008

Robaczyca...?!...blee...


Myślę, że dotychczas posiadałam przeciętną wiedzę na temat ludzkich pasożytów, lecz Wasze posty na temat lamblii skłoniły mnie do zagłębienia sie w temat.

Znalazłam film, który wywrócił całe moje dotychczasowe myślenie. Na tej stronie znajdziecie go - musicie to zobaczyć.

Przeanalizujcie sobie to sami, ja mam w niedzielę mega imprezę z pełna wyżerką na 15 osób, nikogo do pomocy, więc muszę pędzić.

Napiszę Wam jeszcze tylko, że Kacperek już NIE PłACZE!!! Przeszło:)))) Płacze zaczęły maleć zaraz po tym jak odstawiłam mu olej z oregano i lek 6MP.

Mam z powrotem mojego kochanego dawnego Kacperka:)

Na spacerach też się poprawiło, zaliczyliśmy jeden bez ani jednego kwęknięcia, a na innych płaczu jest mniej. W domu wcale. Zupełnie inna jakość życia:)))

Okazało się też, że jego rozwój postępował bez przerwy, a nie było tego widać przez płacze. Teraz nagle okazuje się, że Kacperek bawi się już wszystkimi zabawkami, które wymagają naciskania guziczków, uwielbia zabawę w akuku, chowa mi sie za drzwiami, pod kołdrą, za zasłoną, nawet za półprzeźroczystymi butelkami szamponu i ma z tego mnóstwo uciechy. Wczoraj w wannie wreszcie zauważył Kamilka i razem się chlapali. Było bardzo wesoło. Chodzi za Gysiem po całym domu i pilnuje, aby mały niczego nie strącił, nie przewrócił, nie wszedł do rozlanej na podłodze wody itp. Jeżeli telewizor jest wyłączony to blokuje mu dostęp, aby nie bawil sie przyciskami.

Kacper bardzo się zmienia:)

wtorek, 27 maja 2008

Co u nas

Zabieram się tak za pisanie i zabrać nie mogę.

Po ostatnim moim poście widzę, że wiele z Was odniosło wrażenie, że się poddaję. Nic podobnego. Szukam tylko innej drogi. Myślę, że przyszedł na to czas. Zostawiam oczywiście dietę, bo ma ona sens, ale po kolei odstawiam suplementy (w kwestii protokołu witaminy E donoszę, że zaczyna się cos dziać. Kacperek umie wydusić z siebie (nie zawsze) "nie", "dać" i zniekształcone "nie chcę" albo "I want", a na tatę potrafi powiedzieć czasem "dadi" - to nie było możliwe jeszcze miesiąc temu).
Musiałabym teraz zwiększyć dawkę, aby sprawdzać czy to dalej pójdzie, ale nie jestem pewna czy to robić.

Dziewczyny doniosły mi o odtruwaniu ze szczepionek metodą homeopatii, dobrze się składa, bo dr Bross przyjmuje w Bielsku Białej, a my wracamy pod samo Bielsko. W Krakowie, skąd pochodzę i gdzie mam całą rodzinę też formy pomocy istnieją, muszę się tylko rozejrzeć. Jak dobrze pójdzie to myślę, że za rok o tej porze będziemy juz w Polsce:))) Ale się rozmarzyłam...

Kacperek dalej płacze. Jakby mniej, ale to może przypadek. Są dni lepsze i sa dni fatalne. Przeżyłam szok, bo raz podczas płaczu, w wielkiej złości, Kacperek zaczął się bić. Pierwszy raz w życiu. Rączką zaczął uderzać się w policzek, około 10 razy, bardzo szybko raz po razie, poczym nagle przestał i się wyraźnie zdziwił co zrobił. Ja byłam w szoku i miałam załamkę nerwową do końca dnia. To było w sobotę, od tamtej pory jest jakiś spokojniejszy i sytuacja już się nie powtórzyła. Doszłam do wniosku, że dużą rolę w jego płaczach i złości odgrywa zazdrość o brata.

Kamilek w niedzielę skończył roczek. Sto lat syneczku kochany!!!

Rozwija się inaczej niż Kacperek. Myślę, że lepiej. Wozi misie w wózku, jest bardzo socjalny, kontaktowy, wykazuje wszechstronność zabawy, naśladuje, zaczepia ludzi, śmieje się do nich, wszystko gra. Uspokoiłam się co do niego.

Przyplątała mu się znowu jakaś infekcja, język obłożony, boli go, oczka zaropiałe, czerwone, łzawiące, gorączka pod 39 stopni. Nie mogłam iść do lekarza, bo u nas też był długi weekend, lekarka zaczyna przyjmować dopiero w środę, na jutro mam wizytę. Pomagam mu rumiankiem i nystatyną. Reaguje na to pozytywnie. Dodane wieczorem: doszła wysypka.

Podałam Kacperkowi w niedzielę, obrane ze skórki i pesteczek i ugotowane truskawki, czyli tym samym rozpoczęliśmy etap 3 diety. Z trawieniem nie miał kłopotu.

Jeżeli znajdę trochę więcej czasu napiszę coś więcej. Bardzo Wam wszystkim dziękuję.

No i jeszcze nie pokazywałam Wam przecież klasowego zdjęcia Kacperka. Chodzi do szkoły dla dzieci wymagających różnych form pomocy, niektóre mają tylko problem z mówieniem, ale w jego klasie wszystkie dzieci mają autyzm. Jest jedna nauczycielka, trzy asystentki i 9 dzieci. Ach, nie ma się czym chwalić...




środa, 21 maja 2008

Na ławce w parku

Jako, że Kacperek płacze i płacze wzięło mnie dzisiaj na refleksje.

Kamil spał w wózku, a ja siedziałam na ławce w parku i rozmyślałam. Na deszczu. Mało mnie to obchodziło, Gyś był osłonięty.

Staram się trzymać. Już jakis czas temu przekonałam się, że płacz nie przynosi mi żadnej ulgi, a wręcz przeciwnie, rozkleja i potem trudno mi sie pozbierać. Nauczyłam sie więc tego nie robić. Dlatego może to wyglądać jakbym przywykła, oswoiła się, nauczyła z tym żyć. Ale nie. Wciąż nie.

Dlatego siedząc w parku nie płakałam, przyglądałam się mokrym liściom i gołębiom. Analizowałam dotychczasowe leczenie.

Mamy w domu, w lodówce i szafce łącznie 37 różnych suplementów i leków dla Kacperka. 37!
A on jest wciąż prawie taki sam. Prosty z tego wniosek, że po prostu bardzo drogo sika. Połyka i wysikuje, przelatuje jak przez sito. Muszę porozmawiać z Piotrkiem, bo prawdopodobnie trzeba podjąć męską decyzję i raz na zawsze z tym skończyć. Przez pierwsze dwa miesiące na diecie SCD był bez ani jednego suplementu i wtedy robił największe postępy. Nic się nie pogorszyło.

Wyczytałam teraz o najnowszych badaniach, które odkryły, że podawanie dzieciom autystycznym cholesterolu w formie suplementu dramatycznie odwraca bieg choroby. No i wypadałoby kupić cholesterol. Byłby to 38 suplement. Już się na to nie nabiorę. Takich rewelacji czytałam juz sporo i zawsze kończyło się tak samo.

Pal sześć pieniądze. Poszło mnóstwo na to wszystko, ale miałam nadzieję, że pomoże. Teraz zmądrzałam.

Idąc dalej zaczęłam analizować lekarzy.

Neubrander. Praktycznie dochodzimy do punktu, gdzie nie ma nam już nic do zaoferowania. Mieliśmy podjąć próbe chelatacji, ale wycofuję się z tego. Córka Moniki jest ostro chelatowana już ponad rok, metale są jak były, jej stan taki sam. Synek mojej drugiej koleżanki chelatuje się dopiero 5 miesięcy, ale wciąż są w punkcie wyjścia. Dzieci tylko słabszego zdrowia.
Kacperek miał robione badania na poziom metali ciężkich w Paryżu i wyniki wróciły prawie idealnie czyste. Po co więc pchać się w to wszystko, minusy przeważają plusy.

Próbują nas jeszcze namówić na twardy HBOT, ale to nie wchodzi w grę, bo aby to miało sens to musielibyśmy jeździć do New Jersey przynajmniej dwa razy w tygodniu, dwie godziny HBOTA, droga w tą i z powrotem, sześc godzin łącznie jak nic. Nie ma na to czasu. Nie ma takiej możliwości.

Pozostaje sekretyna.

Idąc dalej dr Krigsman. Obiecał wyleczyć Kacperka z problemów gastrycznych w dwa miesiące, a jeśli się nie uda to dłużej, ale na pewno powiedział, że wyleczy. Teraz mija rok od tamtej deklaracji. Gdybym nie rozpoczęła SCD to Kacperek dalej miałby biegunki i był w takim stanie jak przed leczeniem. Wiem, bo wystarczy, że podam mu cokolwiek innego do jedzenia i natychmiast gna do ubikacji. Jest na trzech lekach, dwóch silnych na recepty i nic to nie daje.

Dr Krigsman za godzinę konsultacji liczy sobie $450, a za biopsję (gastro i kolonoskopia), skromne $10.000 , oczywiście nie honoruje żadnego ubezpieczenia. Musieliśmy zrobić biopsję obu chłopcom, a on po pewnym okresie leczenia chce robić je jeszcze raz.

Na forach amerykańskich poświęconych SCD spotykam sporo osób z choroba Krohna, z wrzodziejącym zapaleniem jelita lub zespołem drażliwego jelita, które mają dużo poważniejsze objawy gastryczne (obfite krwawienia i śluz w kale), a są w stanie wyleczyć się samą dietą. Bez leków. Trwa to kilka lat, ale się da.

Pojawia się więc pytanie. Czy jest jeszcze sens to wszystko robić? Zapewniam Was, że nie kieruję się tu chęcią oszczędzenia pieniędzy kosztem dziecka. Dwa lata wydawaliśmy pieniądze na wszystko co możliwe, co tylko daje cień nadziei, że może pomóc. Całe życie Piotrka to tylko praca. Moje to niewola w domu z dziećmi. Po części słodka niewola, ale po części bardzo trudna.

Siedziałam więc na tej ławce i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu aby odpuścić. Pozwolić losowi toczyć się jego rytmem. Dojrzewam do tego. Czas uczy dystansu.

wtorek, 20 maja 2008

Co u nas

Malowanie mieliśmy.

Mieszkamy zupełnie nie tak jak bym chciała, byle jak, bo szkoda nam ładować pieniędzy w coś, co za rok zostawiamy raz na zawsze i wracamy do Polski. Życie więc tutaj ograniczamy do najbardziej niezbędnej prowizorki, raz ze względu na leczenie chłopaków, a dwa, że chcemy odłożyć coś więcej na powrót.

Nawet głupie farby były takie jakie znaleźliśmy w piwnicy, a nie takie jakie bym chciała.

Dość mam już takiego życia na walizkach, bez korzeni, zresztą gdyby tak policzyć w ilu mieszkaniach w swoim życiu już mieszkałam to myślę, że do dwudziestki bym dobiła.

Mieliśmy takie plany, że rok, półtora po urodzeniu Kacperka urodzę drugie dziecko i natychmiast wracamy. Można sobie jednak planować, Kacper zachorował, w drugą ciąże jakiś czas nie mogłam zajść. Pewnie przez stres.
Czasem mam takie koszmary senne, ze nigdy nie wrócę. Czuję się tu jak w więzieniu, mam Ameryki serdecznie dość. Kiedyś byłam zakochana w języku angielskim, teraz nawet to mi już przeszło. Przez przymus.

A co u chłopaków? Kacperek dalej płacze, wyje, drze się, nie wiem jak to najtrafniej określić, na maxa po prostu. Założę się, że gdybym teraz zrobiła test ATEC to mielibyśmy pogorszenie, właśnie przez te jego wścieklizny. Nigdy tego wcześniej nie było, a zaczęło się jakiś tydzień po poprzednim teście.
Odstawiam po kolej wszystkie suplementy, wszystkie produkty spożywcze które je i wciąż nie znalazłam przyczyny.

Dotychczas nie dopuszczałam takiej myśli, ale teraz poważnie rozważam wprowadzenie mu środków uspokajających. Na receptę, bo ziółka nie działają. Przykre to bardzo.

Kamilek natomiast jest chory. Kacper wymiotował w zeszłym tygodniu, a teraz przeszło na Gysia (pisałam Wam, że Kamil to Gyś? - ksywkę ma taką). Ulewa mu się, brak apetytu i biegunka już trzeci dzień. Węgiel i probiotyki nie pomagają, dziś przestawiłam go na wyłączne karmienie Pedialyte - płynem elektrolitowym. Jutro trzeba będzie jechać do lekarza jeżeli dalej to potrwa.

Będę teraz też niejako uwięziona w domu, bo Piotrek wziął fuchę na popołudnia i cały tydzień będzie wracać po 22-ej. Do 2-ej mam luzik bo jestem tylko z Gysiem, ale po poludniu zaczyna się wycie i gehenna.

Życzcie mi dużo cierpliwości, bo bardzo mi jej potrzeba.

piątek, 16 maja 2008

Wywiad w radio z Tamarą Mariea

Piotrek utrzymuje kontakty z panią, która pracuje dla jednego z nowojorskich radio, zadzwoniła ona dzisiaj z wiadomością, żeby o 3:00 PM słuchać stacji z San Francisco, bo ma być wywiad z Tamarą Mariea. Przysłała mi na maila link do tamtej stacji, abym mogła słuchać przez internet.

Audycja trwała godzinę. Tamara Mariea mówiła, jak łatwo sie domyślić o swojej teorii wpływu technologii bezprzewodowej na autyzm, ale nie tylko, na szereg innych chorób, które związane są z neuroprzekaźnikami.

Pomyślałam sobie, że przekażę Wam co mówiła.

Dowiedziałam się więc, że urządzenia bezprzewodowe, takie jak telefony komórkowe, laptopy, wieże bezprzewodowe, te zestawy na ucho do komórek (nie wiem jak to się w Polsce nazywa), oraz mikrofale, nawet zmywarki, i inne tego typu urządzenia emitują dwa rodzaje fal. Jedne o bardzo wysokiej częstotliwości ok. 1900 na sek. a drugie niższe 20-60 na sek. Z tego co zrozumiałam to groźniejsza jest ta druga fala. Powoduje, że niszczy się ściana komórki w ciele, opada i umiera. Komórka, która pozbawiona jest ściany łapie metale ciężkie i toksyny z większą łatwością niż gdyby miała barierę. Metale jako, że są ciężkie nie są w stanie już tego miejsca opuścić. Uniemożliwiony zostaje proces detoksyfikacji.

Mówiła też coś czego do końca nie wyłapałam, podejrzewam, że może chodziło o te drugie fale z wyższą częstotliwością, że tu z kolei ściany komórek w ciele robią się zbyt twarde, nie pulsują i utrudnia to proces wymiany płynów i odżywienia komórki co przyczynia się do jej obumarcia.

Na skutek używania wymienionych wyżej urządzeń procesy niszczenia komórek w organiźmie się kumulują, coraz bardziej narastają.

Podała taki ciekawy przykład. Mamy dwie identyczne rośliny. Jedną podlewamy wodą z kranu, a drugą wodą, która była wcześniej mikrofalowana. Okazuje się, że roślina podlewana kranówa zachowuje się normalnie, a ta wodą z mikrofali przestaje rosnąć.

Kuchenki mikrofalowe podgrzewają jedzenie niszcząc ściany komórkowe pożywienia, ich strukturę DNA.

Mówiła też, że prowadziła badania z których jasno wynika, że dzieci bardzo szybko detoksyfikują się w środowisku wolnym od tych fal, a te które w nim stale przebywają nie detoksyfikuja się wcale.

Zwróciła też uwagę, że zagrożone są osoby posiadające srebrne plomby, bo z nich na skutek przebywania w środowisku technologii bezprzewodowej uwalniają się do organizmu metale ciężkie. Uszkadza to system nerwowy.

Co możemy zrobić? Oczywiście najlepiej pozbyć się tych urządzeń, ale wiadomo, że to jest albo nierealne albo trudne. Możemy jednak używać technologii kablowej zamiast bezprzewodowej, zrezygnować z mikrofali, nie trzymać telefonu komórkowego przy łóżku w nocy, albo co gorsze pod poduszką. Spojrzyjcie tu jeżeli znacie angielski. Nie trzymać przy łóżku budzika cyfrowego, koca elektrycznego, lampki nocnej. Najlepiej spać w oddaleniu od wszelkich urządzeń elektrycznych. Wyłączać wszystko na noc lub gdy się w danej chwili nie używa. Groźna jest też technologia HD w telewizji.


Tyle zrozumiałam. Nie znam się na tym, przetłumaczyłam jak potrafiłam, mam nadzieję, że najlepiej jak mogłam. Nie wiem na ile jest to poprawne fachowo. Pomyslałam jednak, że może Was zaciekawi.

Jeszcze jeden punkt widzenia na sprawę.

czwartek, 15 maja 2008

Odpowiedź

Ku naszemu zaskoczeniu przyszła dzisiaj.

Tony zadzwonił do Piotrka na komórkę i powiedział, że ma dobre wiadomości. Zdjęcie zostało przekazane JoB, i już wiadomo, że mogą Kacperkowi pomóc i jest on już niejako w jego mocy.
Kazał się cieszyć. Powiedział, że mamy wszystko robić jak dotychczas i zacząć się modlić - nie jak dotychczas o uzdrowienie - tego już robić nie możemy - ale w modlitwie dziękczynnej za uzdrowienie. Spytał też czy mamy na pewno wykupione wszystkie cztery dni jesienią. Będę jutro do niego dzwonić, bo chcę porozmawiać o tym osobiście.

Pozwólcie, że pozostawię to bez komentarza. Mam mętlik w głowie i mieszane uczucia.

Z nowości to Kacperek jest bardzo chory, wymiotuje ogromnie już 24 godziny, samą żółcią, bo nie ma czym. Nic nie przyjmuje. Martwię się o niego. Jeśli potrwa to do jutra to jedziemy na pogotowie.

I już ostatnia rzecz, ustaliliśmy że do Tamary Mariea, o której pisałam wczoraj trzeba jechać na sesję 10 dniową i za każdy dzień pobytu zapłacić tysiąc dolarów. Niektórzy ludzie to po prostu żerują na ludzkim nieszczęściu.