poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Rozmyślania o dietach

Nawiązując do wczorajszego postu.

Wybrałam się dzisiaj (w ramach poprawiania sobie humoru), po raz pierwszy chyba od dwóch lat na solarium i tak przyszło mi do głowy, że to świetne miejsce na ... dojrzewanie bananów.

odżizys!

No tak, bo przecież ani samo światło, ani samo ciepło, nie powodują przyspieszenia procesu dojrzewania. Musi być jedno i drugie. Solarium jest stojące, więc chyba to żaden problem bym przy najbliższej okazji położyła banany obok na podłodze, przetestowała i dała znać czy taka metoda działa. Trzymajcie kciuki:) UAKTUALNIENIE: nic z tego kochani! Solarium nie przyspiesza dojrzewania bananów ( turbo, 7 minut, bardzo silne lampy - nic nie dało).

Póki co, moje banany dalej nie są odpowiednie do zrobienia muffinków z masła cashew, powiesiłam je na południowym oknie, do słońca, w plastikowej torbie wraz z jabłkiem które ma około miesiąca, ale wciąż niestety wygląda jak świeże... Na razie w żaden inny sposób nie mogę przyspieszyć procesu ich dojrzewania.


Napotkałam dzisiaj na internecie dyskusję rodziców dzieci autystycznych, temat dotyczył tego czy jest sens wprowadzania tej diety u dzieci, które nie mają objawów gastrycznych. Okazuje się, że jak najbardziej. Jedna matka przyznała, ze jej córeczka, która nie wykazywała żadnych problemów trawiennych, po dwóch latach na diecie straciła diagnozę i że dieta miała tu duże znaczenie. Inni rodzice mówili, że pomogła w zlikwidowaniu złych zachowań i stymulacji. Zresztą u nas też to widziałam. Ogólnie rzecz biorąc warto spróbować. Zalecam danie sobie czasu 4 miesięcy na próbę. Jeżeli po tym czasie nie będziecie widzieć poprawy w zachowaniu dziecka, wrócicie do starych metod żywienia.

4 miesiące.

Na tyle można się poświęcić, a zapewniam, że sporo z Was zauważy różnicę i okres ten przedłuży.

My mieliśmy to samo podejście, daliśmy sobie 4 miesiące. Dopiero jest 3 i pół, a ja już dawno wiem, że Kacper na tej diecie pozostanie z pewnością dobrych kilka lat. Je zdrowo, wartościowo i nie mamy w diecie żadnych zapychaczy. Pomaga mu i to najważniejsze. Znowu przybiera na wadze:)

Rozmyślalam sobie wczoraj nad obiema dietami SCD i GFCF. Zrozumiałam dlaczego wolę tą obecną. Oczywiście zasadniczo dlatego, że bardziej pomogła. Poza tym GFCF polegalo głównie na tym, że były określone produkty których nie można jeść. Sprowadzało się to do wyszukiwania po sklepach mąk bezglutenowych, wafelków ryżowych, czytaniu etykiet i ogólnie wyszukiwaniu dozwolonych produktów, a potem tworzeniu z nich potraw.

Tu zaś jest na odwrót, podane są tylko takie produkty które można jeść. Przepisy są gotowe, tabele podają kiedy co można wprowadzić. Nie ma dowolności, szerokich możliwości improwizacji, miejsca na kreatywność. To mnie niejako odciąża psychicznie, bo nie musze myśleć co zrobić i w jaki sposób, podaję tylko to co wolno, a swoją energię mogę spożytkować w inny sposób... najróżniejszy, jak kto woli:)

Nie chcę absolutnie umniejszać tu znaczenia GFCF. Na pewno tamta dieta jest dobra, pomaga wielu dzieciom i gdybym musiała przechodzić wszystko od początku z pewnością znowu spróbowałabym tamtej diety jako pierwszej. Daje ona szersze możliwości, a przecież większość przepisów SCD spełnia wymogi GFCF. Można więc czerpać z wielu przepisów zamieszczonych tutaj.

Nasz gastrolog Dr Krigsman ma ciekawe podejście, bo ilekroć do niego pojedziemy mówi: -zapamiętajcie to sobie dobrze. W autyźmie nie szkodzi gluten, nie szkodzi kazeina, ale szkodzi KAŻDE jedzenie! Dziurawe jelito przepuszcza wszystko, a powinno być szczelne i tylko przetrawione odpowiednio jedzenie powinno docierać do krwioobiegu. Gdybym sam miał chorego na autyzm syna, to z pewnością przestawiłbym go na pozajelitowe karmienie co najmniej na rok. Nie moge tego zrobic z Kacprem, bo by mnie zamknęli, ale ze swoim zrobiłbym to napewno.

Rzeczywiście, gdy musiałam przygotować Kacperka do biopsji i nie mógł nic jeść przez 48 godzin przed zabiegiem, to było to jego najlepsze 48 godzin od początku choroby.

Dlatego właśnie tak Dr Krigsman namawiał mnie abym przestała karmić Kamilka piersią w sytuacji gdy zobaczył w jakim stanie są jego jelita, zapisał mu mieszankę elementarną, która ma białka rozłożone na aminokwasy, nie wymagające trawienia, od razu wchłaniane. Namawiał nas też zdecydowanie, żeby to samo zrobić z Kacperkiem. Karmić wyłącznie Neocate. Dostaliśmy nawet receptę... nie starczyło odwagi.

Gdybym widziała, że SCD nie pomaga, albo pomaga niewiele, to sięgnęłabym po ten krok. Ze względu jednak na fakt, że SCD leczy jelita, a Neocate tylko "omija problem" pozostaliśmy przy diecie. Czas pokaże czy słusznie.

Kacperek pojechał dziś całą szkołą do ZOO. Nastawiałam się od miesiąca, że pojedziemy z nim. Piotrek przecież pracuje tylko na noce ostatnio. Pech jednak chciał, że wyjątkowo dzisiaj musiał jechać kończyć jakąś zaległą łazienkę, więc ja musiałam zostać z Kamilkiem w domu.
Szkoda, myślałam, że fajne zdjęcia będą, jest piękna pogoda.

Wczoraj wieczorkiem, gdy chłopcy już spali, przyszła do mnie koleżanka. Jej córeczka też ma autyzm. Dla mnie to wciąż jest bardzo dziwne, bo byłyśmy przyjaciółkami jeszcze zanim nasze dzieci były chore. Potem autyzm zabrał jej córeczkę, pół roku później mojego synka. Jaka to ironia losu, że padło na nas obie...

Ale chciałam napisać o czymś innym. Wypełniałyśmy papiery na wizytę do Neubrandera. Były tysiące pytań o zachowanie dziecka. Oczywiście temat rozmowy krążył wokół dziwacznych zachowań naszych dzieci. W pewnym momencie złapałyśmy się na tym, że śmiejemy się z nich.
-Popatrz Monika - powiedziałam - tylko nam tak wolno. Z nikim innym nie możesz o tej sprawie w ten sposób rozmawiać . Bo osoby, których to bezpośrednio nie dotknęło, nigdy nie odważyłyby się śmiać przy nas z zachowań dzieci, by nas nie urazić.
Tylko my możemy, obie siedzimy zanurzone w tym bagnie po same uszy, rozumiemy się i nie jesteśmy w stanie się wzajemnie urazić.


niedziela, 13 kwietnia 2008

Bananowo

Właśnie się dowiedziałam o dwóch sposobach, jak sprawić żeby banany szybciej dojrzały i spełniały wymogi naszej diety.

Sposób pierwszy: Włożyć kiść bananów do papierowej torby wraz ze starym jabłkiem. Szczelnie zamknąć.

Sposób drugi: włożyć kiść bananów do plastikowej torby i w ciepły, słoneczny dzień trzymać je w samochodzie na słońcu.

Słyszałam też o sposobie polegającym na zawinięciu bananów w gazetę i jeszcze jeden sprawdzony przeze mnie boleśnie - włożyc do terebki i zabrać ze sobą gdziekolwiek się idzie (wieczorem wyciągnęłam dojrzałą, ale rozciapaną miazgę...ech...wolę nie wspominać:))

Mi osobiście na pewno te podpowiedzi się przydadzą, bo wielokrotnie stawałam przed faktem, że potrzebuję banana natychmiast, a żaden nie miał wciąż brązowych kropek i ogonek wciąż był zielonkawy. Mam taki system, że w domu zawsze trzymam dwie kiści bananów, kiedy pierwsza jest już dojrzała, wtedy kupuję drugą, mocno żółtą, ale jeszcze bez kropek. Do czasu kiedy Kacperek zje te dojrzałe, tamte drugie są już odpowiednie. Robimy sporo placuszków bananowych więc u nas schodzą około dwie kiści na tydzień, no może trochę mniej.

Ten system czasami zawodzi, bo zdarza się, że w sklepie mają tylko zielonkawe i wtedy powstają w domu braki.

Zauważyłam też, że nie warto kupować zielonkawych, bo często nie dojrzewają potem równo, część owocu robi się już zgniłobrązowa, a część jest wciąż zielonkawa. Takie banany oczywiście do niczego się nie nadają.



Takie banany są niedojrzałe, nie nadają się przy diecie SCD.

Te są w porządku:.




OK. Miałam też dziś pełne ręce roboty w kuchni. Fajna niedziela, nie powiem...

Zrobiłam majonez, pastę z kury i marchewki do chleba, ugotowałam owoce + kompot, owoce z miodem zmiksowałam jako snack do szkoły, upiekłam placek migdałowy i chleb. Zrobiłam Kacperkowi zupę z fasoli, pomidorów i mięsa wołowego, mleko orzechowe. Zrobiłam też jogurt. Dla nas na obiad forumową wieprzowinę w ananasach z sałatką i ryżem, a za chwilę zabieram się za nowe muffinki z masła cashew (takiego masła nie mam, więc jeszcze je musiałam dzisiaj zrobić).

A'propos robienia masła orzechowego, to nie zapomnijcie, jak mnie się to zdażyło, że dużo szybciej się zrobi, jeżeli po pewnym czasie mielenia zaczniecie delikatnie dodawać po odrobinie dobrej jakości oleju (ja dałam sezamowy, bo akurat taki miałam).

Jak tylko zrobię muffinki, to zaraz podam przepis i wkleję zdjęcie. Na razie wstrzymują mnie nieszczęsne banany, bo do przepisu potrzeba dwa, a moje nadal nie mają brązowych kropek, więc musze czekać. Nie wiem czy dzisiaj jeszcze się uda.

czwartek, 10 kwietnia 2008

Takie tam dzisiejsze...

Ta choroba jest jak huśtawka. Często, tak jak właśnie teraz, nie wiem jak interpretować fakty. Zastanawiam się czy to tylko ułuda, że coś się poprawia.

Nabieram wiatru w żagle, dostaję euforii kiedy widzę coś nowego, coś pozytywnego, a potem kiedy zdarza się dzień taki jak ten, tracę znowu nadzieję i podejrzewam, że to wszystko tylko złudzenie, a z Kacperkiem było, jest i będzie źle.

Dzisiaj miał taki dzień, że wszystko było na nie. Przyjechaliśmy po niego do szkoły, chcieliśmy w ramach niespodzianki go odebrać (zazwyczaj wraca autobusem szkolnym). Piotrek poszedl po niego na góre, a ja z Kamilkiem zostałam czekać w samochodzie. Zobaczyłam ich gdy wyszli z budynku, Kacperek się cieszył, biegł z uśmiechem na buzi, podskakiwał. Kiedy dotarli do parkingu, rozłożyłam ręce i zawołałam go. Zero reakcji, totalna olewka. Wyraźnie mnie zlekceważył i zostal przy Piotrku.

Takie zachowanie widze już od paru dni, nawet wczoraj mieliśmy rozmowę, że to ja jestem ta niedobra mama, od dyscypliny i obowiązków, a Piotrek jest fajnym tatusiem od wygłupów i bajek. Podejrzewam, że to dlatego tatuś jest na tapecie, a mama w odstawce. Miałam do Piotrka żal , że toleruje złe zachowanie dzieci i nie reaguje na nie z czystej wygody.

No nic, tak to zazwyczaj bywa w każdej pewnie rodzinie. Normalka.

Ciekawe jest jednak to, że Kacperek zaczął mieć preferencje, wybierać rodzica. Tego wcześniej nie było.

Pewnie, że to mało przyjemne, że akurat ja jestem odbierana jako ta niedobra, ale jednak musimy się cieszyć, że nie jest mu to zupełnie obojętne jak dotychczas.

Zaczęłam jednak pisać, że miał dzisiaj gorszy dzień. Najpierw ta olewka na parkingu szkolnym, nie ukrywam, że troszkę popsuła mi humor. Kiedy przyszliśmy do domu natychmiast zażądał bajki.

Włączylam mu jego ulubionego Thomasa (vel Tomka). Dvd było brudne, więc płyta zaczęła przerywać. Najpierw usłyszałam delikatne protesty, a za moment ryk i wycie. Nie zareagowałam.

U nas normalne jest to, że tego typu zachowanie trwa około 2 minut, poczym Kacper sam się uspokaja i jest ok. Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj.

Wrzask przybierał na sile. Jako że było już dość późno postanowiłam przerwać nieszczęsną bajkę, wykąpać go, przebrać w nową piżamkę na poprawienie humoru (dostał dzisiaj piżamkę ze swoim ulubieńcem - popatrzcie):


Siłą zaciągnęłam do łazienki, siłą rozebrałam. Cały czas się wyrywał. Ufff... to się u nas naprawdę nieczęsto zdarza... nie przywykłam.

Podczas krótkiej kąpieli ciągle nie współpracował, wyrywał się i tak nieszczęśliwie się poślizgnął w wannie, że z buzi zaczęła się lać krew. Nie wiem czy przygryzł sobie wargę, czy uderzył o brzeg wanny, to stało sie bardzo szybko. Niełatwa to była kapiel.

Nie wiem co będzie gdy zamiast 20 kilo bedzie ważył trzy razy tyle. Nie zapowiada się różowo...

Wreszcie kiedy ubrałam mu ową śliczna piżamkę, złość z niego zeszła i uśmiechnął się. Trochę to cudo kosztowało, ale wiedzieliśmy, że się ucieszy. Tak rzadko można mu czymś sprawić radość.

Wieczorem urządził jeszcze jedną dantejską scenę, ale mój nieoceniony mężulo szybko temu zaradził. Nie do końca popieram takie praktyki, bo on uspokaja go metodami ustępowania mu, ja jestem bardziej twarda i uważam, że powinniśmy stosować zasady wychowawcze takie same jakbyśmy to robili mając zdrowe dziecko. No, może prawie takie same, bo do końca identyczne nie moga być.

Wieczór, wreszcie chwila spokoju.

Piotrek wyszedł na noc do pracy, chłopcy śpią, a ja zmykam kłaść sobie kolor na włosy.

Dobranoc:)

Jutro będzie lepszy dzień:)

Dotyk

Wino.

Działa jak znieczulenie.

Siadłam przed komputerem po godzinnym usypianiu Kacperka. Jakoś tak wyszło, że chciał abym się z nim dzisiaj położyła. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale nieznoszę tych chwil.

Kacperek ma problem z dotykiem. Nie potrafi dobrać siły nacisku. Albo dotyka mnie jak ledwie wyczuwalne muśnięcie, albo z taką siłą, że czuję je jeszcze kilka chwil po jego odejściu.
Każdego wieczora czuję po całym dniu, ból lewego nadgarstka i przedramienia. Jest ono wielokrotnie w ciagu dnia wykręcane i ciagnięte ze zdecydowanie za dużą siłą. W ten sposób Kacperek wyraża swoje potrzeby. Podchodzi do mnie i łapie za lewe przedramię, ciągnie, z całych sił wykręca rękę, abym natychmiast zostawiła to co w danej chwili robię i spełniła jego prośbę.

Z biegiem czasu zaczęłam reagować na to nerwowo. Niestety on nie rozumie, że czasem musi poczekać, bo robię coś ważnego. Tłumaczenie moge sobie darować, nie skutkuje. Często wyrywam rękę, nie mogę tego znieść. Ból każdego wieczora jest ten sam.

Teraz po godzinnym leżeniu z nim w łóżku, czuję jak boli mnie cała twarz. Wgniatał w nią swoją buzię, zdecydowanie za silno, ciągnął mnie za włosy. To wszystko była forma pieszczoty z jego strony, chęć wtulenia się, poczucia mojej bliskości. Chęć bycia blisko mamy.

Ja wiem , to co piszę jest okropne.

Zaciskam wtedy zęby z całych sił, by nie pokazać mu jakie dla mnie to nieprzyjemne. Tak bardzo mi go żal. On mnie potrzebuję, a ja mam ochote w tych chwilach uciekać. Jednocześnie nie chcę i nie mogę mu dać odczuć, że nie lubię tego co robi. On albo nie zrozumie, albo zrozumie nie tak jak powinien. To nie ma sensu.

Oczywiście, ze go kocham. Kocham nad życie. Jednak właśnie dlatego że kocham, jest to takie trudne.

Czasem chcę uciec, ale nie chcę go zostawić też samego.

Muszę być przy nim, jestem mu potrzebna i nikt mnie w tym nie zastąpi.



wtorek, 8 kwietnia 2008

Po przerwie

Przyda się z pewnością przegląd niezbędnych urządzeń kuchennych, które ułatwią pracę przy SCD. Bez niektórych, nie wyobrażam sobie wcale stosowania tej diety, natomiast inne po prostu znacznie skracają czas spędzany w kuchni.
Lista sporządzona jest na szybko. Jeżeli o czymś zapomniałam, będę dorzucać z czasem.
  1. malakser lub blender, a najlepiej jedno i drugie
  2. sokowirówka
  3. jogurtownica
  4. termometr do potraw z zakresem temp od 35 stopni C
  5. ściemniacz lub ta maszyna do regulacji temperatury
  6. obieraczki do warzyw: pozioma i pionowa
  7. filtry do kawy
  8. gęsto tkana ściereczka
  9. tego typu blender
  10. brytfanny do pieczenia
  11. torba termalna (jeżeli chcemy zabrać ze sobą ciepły posiłek)
  12. termos (jak wyżej)
  13. maszyna do robienia lodów (luksus, ale uprzyjemni dietę)
  14. gęste sitko
  15. młynek
  16. młynek do orzechów (jeżeli sami zamierzamy mielic orzechy na mąkę,  co wychodzi taniej)
  17. dehydrator (suszarka do grzybów i warzyw) - doskonale sprawdza się przy robieniu przypraw

Mało teraz piszę, bo Piotrek pracuje na dwie zmiany (ma firmę remontującą mieszkania na Manhattanie, nie skończył jeszcze poprzedniego zlecenia, a wziął już następne - sklep , który może być robiony tylko nocami, jako że w dzień jest otwarty). W dzień kończy jakąś łazienkę, a wieczorami pomaga pracownikom w sklepie.

Także praktycznie go mało widuję, nie ma nawet czasu na dłuższe rozmowy przez telefon. Nie pomaga mi teraz zupełnie w niczym, więc mam mniej czasu na pisanie.
Mam nadzieję, że to już będzie ostatni tydzień takiej jazdy, bo obojgu nam daje się to we znaki.

Ostatnio zmodernizowałam troszkę placek migdałowy, wrzuciłam do niego ugotowane kawałki jabłek i wyszło troche inne w smaku, jeszcze lepsze ciasto. O takie:




Zrobiłam też całkiem nową potrawę, którą gorąco polecam.

Roladki mięsno szpinakowe (etap 2 ):

Mielone mięso poddusić na patelni z solą, pieprzem i słodką papryką w proszku. Najlepiej zastosować taką taktykę jak opisywałam przy robieniu spaghetti, gdyż przypominam, że na tym etapie jeszcze nie wolno nam smażyć mięsa.
Osobno ugotować taka samą ilość szpinaku w osolonej wodzie. Odcedzić.

Mięso i szpinak wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Można dodać majonez, drobno pokrojoną gotowaną paprykę, pieczarki, wariacji jest sporo. W miarę rozszerzania diety o nowe składniki będzie można coraz bardziej urozmaicać ten farsz.

Osobno robimy coś a la małe naleśniczki, które posłużą do owinięcia farszu. Dwa jajka miksujemy w malakserze z pełną łyżką oleju kokosowego i smażymy malutkie placuszki (nie większe niż 12 cm średnicy) rozciągając je wierzchem łyżki na patelni. Wystarczy usmażyć je z jednej strony, mają być cieniutkie i lekko zaczynać brązowieć. Wyjmujemy je na deskę, smarujemy farszem i zawijamy. Pyszności!


Przepis, jak większość jest ze strony Pecanbread, wariacje do przepisu wymyśliłam sama. Spróbujcie, dobre na śniadanie, obiad i kolację. Farsz można mrozić i w razie potrzeby na szybko przygotować same naleśniki, zawinąć i gotowe. Przy proporcjach 2:1 szpinaku nie da się wyczuć.


Na koniec jeszcze moje najświeższe chłopaki:



I Kamilek:



Pozdrówka:)

czwartek, 3 kwietnia 2008

Test ATEC


Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy.

Otrzymuję ich tak wiele, każdego dnia. Muszę to powiedzieć - bądźcie pewni, że macie swoją cząstkę w leczeniu Kacperka.

To, że jest z nim lepiej, to nie tylko moja zasługa, bez Waszej podpory nie dałabym rady.


Dziękuję:)


Robię cyklicznie test ATEC
Latem Kacperek miał powyżej 70 punktów. Po dwóch miesiącach na diecie SCD otrzymaliśmy wynik 66, a wczoraj zrobiłam test ponownie (3 miesiące na diecie) i wynik pokazał 52 punkty. Nie zgadzaliśmy się z Piotrkiem w trzech kwestiach, on był bardziej surowy w ocenie i według jego punktacji wyszło Kacperkowi 55 punktów.

Wynik maleje. Przybliżamy się do celu. Cudownie:)

W kwestii wyjaśnienia. 15 punktów lub poniżej świadczy o tym, że diagnozy autyzmu nie można postawić. Czym wynik wyższy tym wyższy stopień zaawansowania choroby. Dobrze jest taki test robić co jakiś czas sprawdzając skuteczność interwencji jakie podejmujemy dla leczenia dziecka.
Testy ATEC są oficjalnie uznawane w USA w diagnostyce dziecka.


poniedziałek, 31 marca 2008

Pozostałe przepisy z etapu 1 oraz intro

Wisi wciąż nade mną szereg tłumaczeń zaległych przepisów z etapu 1 i 2. Oczywiście można wejść na stronę Pecanbread i je odnaleźć, ale nie każdy zna język angielski więc myślę, że dla niektórych osób będzie dużą pomocą jeżeli znajdą polskie tłumaczenia oraz (tam gdzie się da i ma to sens) sugestie zamiany składników trudno osiągalnych w Polsce na te bardziej dostępne.

Na razie będą same tłumaczenia, lecz sukcesywnie, w miarę robienia przeze mnie konkretnych potraw będę je fotografować i dokładać zdjęcia. Widząc jak potrawa wygląda, bardziej chce się czegoś spróbować, a ja mam za zadanie przekonać Was, że ta dieta nie jest bardzo trudna i jest możliwa do wprowadzenia. Sama jestem tego najlepszym przykładem. Zabierałam się do niej przez półtora roku, ciągle wyszukując argumenty, aby jej nie rozpocząć. Nie będę ukrywać - przerażała mnie. Wydawało mi się, że zupełnie nie będę wiedzieć czym karmić dziecko.
Tymczasem okazuje się, że jest czym, wybór jest całkiem spory i co najważniejsze - dieta oferuje bogactwo smaków.



Dzisiaj zacznę od rozprawienia się z ostatnimi przepisami z etapu 1, bo nie zostało ich już wiele.


Sałatka z kurczaka i warzyw (etap 1 )

Dobra propozycja dla dzieci, które nie chcą jeść warzyw.
Zmiksować gotowanego kurczaka dokładnie. Dodać do niego zmiksowane na puree gotowane: fasolkę szparagową i marchewkę. Posolić, można dodać majonez (nie ma tego w oryginalnym przepisie, ale ja bym dodała). Ilość warzyw zwiększamy za każdym razem serwując sałatkę, uzyskując docelowo proporcje 1:1. Przy takiej ilości warzyw dziecko wciąż (prawdopodobnie) nie zauważy ich, chyba że nie zostały dokładnie zmielone.



Placuszki z kurczaka (etap 1)

ugotowaną pierś kurczaka mielimy na gładko, dodajemy 3 jajka. W malakserze wszystko dokładnie miksujemy. Smażymy na wysmarowanej olejem lub ghee gorącej patelni. Ciasto trzeba trochę rozsmarować, aby nie było grube. Nie zapomnijcie posolić.


Do etapu 1 można zaliczyć również gotowane bądź pieczone owoce: jabłka, gruszki. Możemy je podać w kawałkach bądź zmiksować dodając miodu do smaku.

Do picia możemy podać napój elektrolitowy:

1 litr wody
2 łyżki miodu
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
Można przechowywać w lodówce do 24 godzin.


Można też podać owocową sodę:

Łączymy jednakowe ilości mineralnej wody gazowanej z wyciśniętym sokiem jabłkowym lub pomarańczowym.

Jeżeli dziecko uczulone jest na jajka można zamiast nich używać dwóch zamienników:

Substytuty jajka:
1/ zmiksować odpowiednią ilość czystej żelatyny z wodą. Na każde jajko wymagane w przepisie użyć 3 łyżki rozpuszczonej żelatyny. Resztę możemy przechowywać w lodówce i podgrzać w mikrofali w razie potrzeby.

2/
1 1/2 łyżki wody
1 1/2 łyżki oleju
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki octu

Zmiksować wszystkie składniki razem i użyć do przepisu, który wymaga jajek (podana ilość jako substytut jednego jajka)
Uwaga: ten substytut nadaje się tylko do wypieków, które muszą rosnąć. Nie nadaje się do sernika.

Majonez (etap 1 ):
1 jajko
1 łyżeczka zmielonej gorczycy
1/2 łyżeczki soli
3 łyżki soku z cytryny
1 szkl oliwy z oliwek

W blenderze lub malakserze zmiksować jajko, gorczycę, sok z cytryny. Chwilę odczekać. Następnie  bardzo powoli dodawać oliwę (kilka minut). Łatwo się ścina więc trzeba być ostrożnym. Zużyć w przeciągu tygodnia.

Majonez gotowany (etap 1 ):

2 żółtka
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki wody
1 łyżeczki miodu
1 łyżeczka gorczycy
½ łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu cayenne
1 szkl oliwy z oliwek
W małym garnuszku zmieszać razem żółtka, sok z cytryny, wodę, miód, gorczycę, sól i pieprz. Podgrzewać na minimalnym ogniu, tak długo aż zobaczymy bulgotanie w jednym lub dwóch miejscach. Wyłączyć gaz i odstawić na 4 minuty. Wlać do blendera i używając funkcji "mieszanie" powoli dodawać olej cienkim, nieprzerwanym strumieniem. Wyłączyć kiedy odpowiednio zgęstnieje i przechowywać w lodówce. Taki majonez można przechowywać w lodówce 3-4 tygodnie pod warunkiem, że do jego nabierania używamy zawsze czystej łyżki.

Zdjęcie z Pecanbreead:


Pamiętajcie też o galaretce, którą można robić używając świeżo wyciśniętych soków ( na razie z winogron, jabłek (na intro) i gruszek (na etapie 1). Dodajcie większą ilość żelatyny jeżeli chcecie potem kroić galaretkę na kosteczki. Tu przydatna będzie duża, płaska blacha.


To już wszystkie przepisy z etapów intro i 1.

Kacperek wytrzymał na etapie 1 15 dni. Myślę, że to jednak wystarczyło. Na etapie intro był niepełne 3 dni (bez kolacji trzeciego dnia). Na etapie 2 jesteśmy już 2.5 miesiąca i planujemy być jeszcze około 3 kolejnych miesięcy, może trochę krócej.
Oczywiście to nie są żadne wytyczne, każdy pozostaje na etapach dowolnie długo, tylko etap intro jest tu rygorystyczny i musi trwać pomiędzy 2 a 5 dni.

No i najważniejsze! TADAM! Z Kacperkiem znowu jest lepiej. Pól roku temu nie potrafił dokonać jeszcze wyboru spomiędzy dwóch rzeczy, zawsze wybierał to co było bliżej. Teraz potrafi wybrać spośród dziesięciu i jest to rzeczywiście dokonanie wyboru.
Zaczął też myśleć wykonując czynności. Zastanawia się jak daną rzecz wykonać, aby zrobić to łatwiej i skuteczniej. To tak jakby odtykała się inteligencja. Tak się cieszę:)

Warto! Warto! Warto się starać!